Strony

wtorek, 25 marca 2014

Łazienka

Po przedpokoju, drugie pomieszczenie jest skończone, a jest nim łazienka :D Dzisiaj skręciliśmy szafkę-słupek, która zastąpiła stary regał, który robił za szafkę łazienkową ;) Regał miał ten plus, że było na nim naprawdę sporo miejsca, czego nie można powiedzieć o obecnej szafce (ale przynajmniej sama szafka zajmuje niewielką powierzchnię). Po raz kolejny czas poskromić moją duszę chomika i wywalić rzeczy, których nie używałam dłużej niż 3 miesiące ;)

A oto postęp prac w obrazkach:

Tak wyglądała łazienka kiedy kupiliśmy mieszkanie (prysznic, mała umywalka + kibelek):

 Tu już rozwalona...
 ... z przesuniętą ścianą żeby zwiększyć powierzchnię

 ... nowe kafle
 ... wanna + sufit, który "fachowiec" podwiesił za nisko ;)


 ...ta-dam! :D



kafelki na podłodze

Następna rzecz z listy "to do" to meble kuchenne :)

wtorek, 28 stycznia 2014

Welcome back... ;)

Dawno mnie tu nie było, co nie znaczy, że nic się z naszym remontem nie działo. Ogrzewanie zadziałało nam dopiero 5 grudnia, bo pan z nadzoru budowlanego mimo, że początkowo sprawiał wrażenie miłego dziadka tuż przed emeryturą, który bardzo chce pomóc, okazał się zwykłym, czepialskim chujkiem ;) Na szczęście zima okazała się niezbyt sroga więc daliśmy radę do tego 5 grudnia.
Nareszcie znaleźliśmy prawdziwego fachowca! Specjalnie wstrzymywałam się z pisaniem, że w końcu mamy kogoś sensownego żeby nie okazało się, że po skończeniu roboty znowu są jakieś niedoróbki ;) Moja siostra poleciła nam swojego kolegę, który wcześniej pracował przy remontach mega drogich apartamentów w warszawce, gdzie wszystko musiało być na cacy. I rzeczywiście okazało się, że chłopak naprawdę zna się na robocie. Dlatego szkoda, że nie zatrudniliśmy go od początku. No, ale lepiej późno, niż wcale.
Generalnie mamy zrobioną już łazienkę (brakuje tylko szafki), korytarz i zrobione sufity i ściany. W zasadzie zostały tylko pierdoły + meble.
W sypialni ściany mamy w kolorze Nordyckie Mgły (Luxens), a w salonie "Dryfujące Kry" (Dulux). Wymieniliśmy też wieśniackie kafle w kuchni i na korytarzu, wyrównując przy okazji poziomy podłóg ;) Kafle są teraz w kuchni i na korytarzu w kolorze grafitowym.
A poniżej zdjęcie korytarza "Przed" i "Po" :D




piątek, 4 października 2013

Już wydawało się, że wszystko pójdzie gładko i w ciągu kilku dni będziemy mieć skończoną instalację gazową. Niestety zapomnieliśmy, że mieszkamy w Polsce ;) Dlatego zanim będziemy mogli złożyć wniosek o ponowne podłączenie gazu, musimy załatwić jeszcze pierdyliard formalności, kupić dziennik budowy, zatwierdzić go w wydziale architektury Urzędu Miasta, zatrudnić kierownika budowy, który musi sporządzić procedury bezpieczeństwa na "budowie" i milion innych rzeczy. O dodatkowych kosztach nawet nie będę wspominać ;)
No cóż. Życie...

A pozostając w temacie Perfekcyjnej Pani Domu i jogi, to ostatnio kupiłam sobie maszynę do szycia :D Planowałam to od jakichś 8 lat. Kiedyś na studiach kupiłam sobie taką małą, chiński szajs taki, ale zepsuła się po jednym użyciu ;) Potem jakoś tak nie było okazji, aż ostatnio pojechałam do Lidla kupić cukinię na zupę i wino na kolację, no i wróciłam z maszyną do szycia, bo akurat "rzucili" ;)
No i dzisiaj postanowiłam spróbować coś uszyć. Z 3 godziny zajęło mi zakładanie tych wszystkich pierdół i nici, ale jak już to ogarnęłam to poszło. Uszyłam sobie pokrowiec na matę do jogi - nie jest to mistrzostwo krawiectwa, ale myślę, że jak na pierwszy raz, tragedii nie ma.





Ostatnio dzieje się ze mną coś dziwnego. Kilka lat temu cieszyłam się jak udało mi się nie spieprzyć jajecznicy, w ogóle nienawidziłam gotować, a szczytem moich możliwości było zapiekanka makaronowa ;)
Za to dzisiaj z Michałem sami zrobiliśmy Palak Paneer :D Wczoraj poszliśmy do indyjskiej knajpy i zamówiliśmy właśnie Paneer. Michał jadł to pierwszy raz w życiu i bardzo mu zasmakowało, a ja chociaż będąc 2 razy w Indiach zajadałam się tym codziennie, to nie przyszło mi do głowy żeby zrobić to samemu, bo wydawało mi się to zbyt skomplikowane. Ale postanowiliśmy spróbować i okazało się, że jest to dziecinnie proste i szybkie (Michał, który pracuje z Hindusami stwierdził, że to tylko potwierdza jak są oni leniwi ;). Zrobienie sera (paneer) wymaga tylko podgrzania mleka do 93 st. , potem miesza się je z sokiem z cytryny i przez tetrę/gazę odcedza wodę. Palak to zmiksowanie szpinaku ze śmietaną, cebulą i przyprawami. Aż tak proste :D
Teraz w planach mam Tikka Masalę, która też nie wydaje się specjalnie skomplikowana.







poniedziałek, 30 września 2013

Zima idzie...

No i się zaczęło... Dzisiaj rano było pierwsze w tym sezonie odparowywanie szyb w aucie, co oznacza, że temperatura niebezpiecznie zbliża się do zera. Koledzy z mniej zurbanizowanych terenów ponoć mieli już pierwsze zeskrobywanie szronu z szyb, a więc nie jest dobrze. Ale piec już jest, tylko jeszcze nie zamontowany więc wszystko zmierza we właściwym kierunku.

Zima ma to do siebie, że poruszam się w tym okresie tylko po trasie dom-praca-dom i ciężko mi się gdziekolwiek indziej wybrać. Dlatego bardzo ucieszyło mnie, że od dzisiaj w naszym salonie (bo stoi prawie pusty) regularnie będą odbywać się nielegalne zajęcia jogi prowadzone przez Alę ;) Po pierwszych zajęciach nastroje są bardzo dobre ;)



piątek, 20 września 2013

Perfekcyjna Pani Domu to nie ja ;)

Idzie jesień. Dla mnie oznacza to kilka rzeczy, np to, że wypadałoby wreszcie skończyć instalację gazową, bo chociaż nasze mieszkanie jest bardzo ciepłe, to wieczorami stópki już marzną ;)
A w tym momencie sprawa jest na tym etapie, że brakuje tylko kawałka rury na jednym końcu i kawałka na drugim + pieca ;) Rury będą założone najprawdopodobniej jutro, ale na piec musimy niestety trochę poczekać, bo jest sprowadzany na zamówienie. 
Nasz ciągnący-się-w-nieskończoność-remont ostatnio poszedł jednak trochę do przodu dzięki mojemu tatusiowi, który wpadł do nas na kilka dni i odwalił kawał naprawdę dobrej roboty (Swoją drogą, to jak przyjeżdża tatuś-fachowiec, to od razu widać różnicę między wydajnością pracy w porównaniu do pseudo-fachowców. Jak po pierwszym dniu wróciłam z pracy, to byłam w szoku ile w stanie był w tym czasie zrobić ktoś komu zależy, w porównaniu z tym ile w tym samym czasie robili "fachowcy"). Potem dojechała jeszcze Perfekcyjna Pani Domu, czyli mama, więc chociaż wyjechali 5 dni temu, to dalej codziennie szukam swoich rzeczy po jej "porządkach".
Zdjęć z postępów remontu nie będę wrzucać, bo chociaż jest już znacznie lepiej, to jednak dalej jest brzydko ;)

A jeśli wrócić do tematu jesieni, to mam z nią związane zawsze mocno ambiwalentne uczucia. Bo z jednej strony wkurza mnie, że kończy się już lato (które dopiero się przecież zaczęło), ale z drugiej nadejście jesieni poznaję nie tylko po ch**wej pogodzie, ale też po tym, że na straganach pojawia się DYNIA! :D 
Dzisiaj zakupiłam u pana na rogu pierwszą dynię w tym roku z poważnym zamiarem ugotowania zupy. Zupa, owszem wyszła przezajebista, ale niestety nie obeszło się bez ofiar i krwi bryzgającej po całej kuchni. Ponieważ jest to początek sezonu (a może po prostu taka odmiana), dynia nie była jeszcze bardzo dojrzała (czytaj: była mega twarda). Krojenie jej, nie powiem, wymagało sporo wysiłku, niestety w pewnym momencie odkroiłam sobie kawałek palca wskazującego u lewej ręki, łącznie ze sporym kawałkiem paznokcia. Jako, że z natury jestem wrażliwa (:D) widok krwi, mięsa i zwisającej z palca płytki paznokciowej sprawił, że poczułam się trochę słabo ;) Na szczęście zachowałam na tyle zimnej krwi żeby pobiec po telefon i zadzwonić do męża (bo przecież nie na pogotowie), który zdołał mnie przekonać że nawet jeśli zraniłam się bardzo mocno, to raczej nie powinnam umrzeć przez wykrwawienie się z palca, przynajmniej nie do jego powrotu :) Gdy atak histerii minął, mogłam z palcem owiniętym ścierką kuchenną i zaklejonym taśmą malarską kontynuować gotowanie ;)
Zdjęcia palca oczywiście nie będę wrzucać, dyni za to tak. I przepis nawet podam, bo może za rok będę chciała znowu ją ugotować (pamiętając żeby uważać na palce).

Dzisiaj w ogóle mam taki dziwny dzień, dzień "szczęścia w nieszcześciu" jeśli tak głupawo można to określić. Na przykład dowiedziałam się, że wygrałam proces z moim ex-pracodawcą-oszustem i wisi mi teraz całkiem przyzwoitą kasę, ale tu moje szczęście się kończy, bo wiem, że tych pieniędzy nigdy nie zobaczę ;) Podobnie jest z dynią. Z jednej strony super, że już jest, ale trochę słabo, bo to oznacza, że jest jesień, no i straciłam kawałek palca. A najsłabsze jest to, że dopiero po fakcie poczytałam sobie o odmianie dyni Hokkaido i wyczytałam, że to ustrojstwo ma jadalną skórkę i nie musiałam się tak gimnastykować z nożem, w rezultacie okaleczając się straszliwie ;)

A o to przepis:

Potrzebne będą:
- Dynia (jeśli wybieramy odmianę Hokkaido, nie musimy obierać ze skóry)
- 2 małe cebule (myślę, że 1 duża da podobny efekt ;)
- 2 ząbki czosnku
- 1/8 kostki masła
- 1 kostka rosołowa
- przyprawy w zależności od upodobań (ja użyłam masalę, chilli i jeszcze jakieś niezidentyfikowane, bo nie mam podpisanych słoiczków, więc wrzucam jak leci)
- do smaku świeży tymianek (nie jestem na 100% pewna, że hoduję na parapecie akurat tymianek, ale najprawdopodobniej jest to właśnie to zioło)
- ser twarogowy wędzony do posypania
- śmietana jogurtowa

Przygotowanie:

Chciałabym napisać: "Wszystko wrzucamy do garnka, zalewamy wodą i po 20 minutach mamy zupę". Otóż nie.

Na początku do garnka wrzucamy masło. Czekamy aż się rozpuści. Potem dorzucamy przyprawy, czekamy jakieś 2-3 minuty. Ten czas wykorzystujemy aktywnie na krojenie cebuli i czosnku, które wrzucamy do garnka. Dusimy je pod przykrywką ok 5 minut. Te 5 minut również wykorzystujemy aktywnie na krojenie dyni (pamiętając, że nóż to niebezpieczne narzędzie!) W rzeczywistości pokrojenie takiej dyni zajmuje znacznie więcej czasu niż 5 minut, więc dobrze pokroić ją wcześniej.
Pokrojoną dynię wrzucamy do garnka, a na palniku obok zagotowujemy ok 1 litra wody z kostką rosołową i odrobiną oliwy. Dynię z cebulką i czosnkiem dusimy ok 10-15 minut mieszając od czasu do czasu, a potem --> "Wszystko wrzucamy do garnka, zalewamy wodą i po 20 minutach mamy zupę" ;P
Zupę blendujemy (lub nie kalecząc polskiego, po prostu miksujemy), posypujemy wędzonym twarogiem, polewamy odrobiną śmietany i ot, cała filozofia ;)

Smacznego!




środa, 7 sierpnia 2013

Lato w mieście

Ostatnio zostałam fanką Instagrama i gotowania, a to podobno połączenie idealne ;)


Zupa marokańska z soczewicy, z grzankami. Smakuje rewelacyjnie, chociaż ze względu na spore ilości chilli niekoniecznie jest to najlepsza zupa na taką pogodę jak dziś, czyli 35 st. w cieniu ;)






Moje pomidorki koktajlowe wprost z balkonu :D





.

Kilka dni temu odebraliśmy (nareszcie!) pozwolenie na budowę, więc miejmy nadzieję, że kolejna część remontu ruszy z kopyta. Zresztą musi, bo nasz fachowiec od instalacji gazowej ma tylko tydzień, a potem jedzie do kolejnej roboty. Swoją drogą to im więcej fachowców poznaję, tym bardziej dochodzę do przekonania, że kończenie studiów to nie było koniecznie najlepsze rozwiązanie ;) Wprawdzie nie zdarzyło mi się nigdy szukać pracy dłużej niż 2 tygodnie, ale to jednak nie to samo co zostać stolarzem, hydraulikiem, albo kimś w tym stylu i mieć grafik zapełniony na 2 lata do przodu ;)
No dobra, więc dopóki nie zaczniemy kolejnego etapu remontu, nie bardzo jest o czym pisać, a tym bardziej co wklejać. Szczególnie, że przy takiej pogodzie jak od kilku tygodni wolimy czas spędzać raczej na świeżym powietrzu niż na remontowaniu.
Za to wieczorne siedzenie na balkonie przy książce, sushi i winie jest tak przyjemne, że czuję się prawie jak na wakacjach :D