Strony

poniedziałek, 30 września 2013

Zima idzie...

No i się zaczęło... Dzisiaj rano było pierwsze w tym sezonie odparowywanie szyb w aucie, co oznacza, że temperatura niebezpiecznie zbliża się do zera. Koledzy z mniej zurbanizowanych terenów ponoć mieli już pierwsze zeskrobywanie szronu z szyb, a więc nie jest dobrze. Ale piec już jest, tylko jeszcze nie zamontowany więc wszystko zmierza we właściwym kierunku.

Zima ma to do siebie, że poruszam się w tym okresie tylko po trasie dom-praca-dom i ciężko mi się gdziekolwiek indziej wybrać. Dlatego bardzo ucieszyło mnie, że od dzisiaj w naszym salonie (bo stoi prawie pusty) regularnie będą odbywać się nielegalne zajęcia jogi prowadzone przez Alę ;) Po pierwszych zajęciach nastroje są bardzo dobre ;)



piątek, 20 września 2013

Perfekcyjna Pani Domu to nie ja ;)

Idzie jesień. Dla mnie oznacza to kilka rzeczy, np to, że wypadałoby wreszcie skończyć instalację gazową, bo chociaż nasze mieszkanie jest bardzo ciepłe, to wieczorami stópki już marzną ;)
A w tym momencie sprawa jest na tym etapie, że brakuje tylko kawałka rury na jednym końcu i kawałka na drugim + pieca ;) Rury będą założone najprawdopodobniej jutro, ale na piec musimy niestety trochę poczekać, bo jest sprowadzany na zamówienie. 
Nasz ciągnący-się-w-nieskończoność-remont ostatnio poszedł jednak trochę do przodu dzięki mojemu tatusiowi, który wpadł do nas na kilka dni i odwalił kawał naprawdę dobrej roboty (Swoją drogą, to jak przyjeżdża tatuś-fachowiec, to od razu widać różnicę między wydajnością pracy w porównaniu do pseudo-fachowców. Jak po pierwszym dniu wróciłam z pracy, to byłam w szoku ile w stanie był w tym czasie zrobić ktoś komu zależy, w porównaniu z tym ile w tym samym czasie robili "fachowcy"). Potem dojechała jeszcze Perfekcyjna Pani Domu, czyli mama, więc chociaż wyjechali 5 dni temu, to dalej codziennie szukam swoich rzeczy po jej "porządkach".
Zdjęć z postępów remontu nie będę wrzucać, bo chociaż jest już znacznie lepiej, to jednak dalej jest brzydko ;)

A jeśli wrócić do tematu jesieni, to mam z nią związane zawsze mocno ambiwalentne uczucia. Bo z jednej strony wkurza mnie, że kończy się już lato (które dopiero się przecież zaczęło), ale z drugiej nadejście jesieni poznaję nie tylko po ch**wej pogodzie, ale też po tym, że na straganach pojawia się DYNIA! :D 
Dzisiaj zakupiłam u pana na rogu pierwszą dynię w tym roku z poważnym zamiarem ugotowania zupy. Zupa, owszem wyszła przezajebista, ale niestety nie obeszło się bez ofiar i krwi bryzgającej po całej kuchni. Ponieważ jest to początek sezonu (a może po prostu taka odmiana), dynia nie była jeszcze bardzo dojrzała (czytaj: była mega twarda). Krojenie jej, nie powiem, wymagało sporo wysiłku, niestety w pewnym momencie odkroiłam sobie kawałek palca wskazującego u lewej ręki, łącznie ze sporym kawałkiem paznokcia. Jako, że z natury jestem wrażliwa (:D) widok krwi, mięsa i zwisającej z palca płytki paznokciowej sprawił, że poczułam się trochę słabo ;) Na szczęście zachowałam na tyle zimnej krwi żeby pobiec po telefon i zadzwonić do męża (bo przecież nie na pogotowie), który zdołał mnie przekonać że nawet jeśli zraniłam się bardzo mocno, to raczej nie powinnam umrzeć przez wykrwawienie się z palca, przynajmniej nie do jego powrotu :) Gdy atak histerii minął, mogłam z palcem owiniętym ścierką kuchenną i zaklejonym taśmą malarską kontynuować gotowanie ;)
Zdjęcia palca oczywiście nie będę wrzucać, dyni za to tak. I przepis nawet podam, bo może za rok będę chciała znowu ją ugotować (pamiętając żeby uważać na palce).

Dzisiaj w ogóle mam taki dziwny dzień, dzień "szczęścia w nieszcześciu" jeśli tak głupawo można to określić. Na przykład dowiedziałam się, że wygrałam proces z moim ex-pracodawcą-oszustem i wisi mi teraz całkiem przyzwoitą kasę, ale tu moje szczęście się kończy, bo wiem, że tych pieniędzy nigdy nie zobaczę ;) Podobnie jest z dynią. Z jednej strony super, że już jest, ale trochę słabo, bo to oznacza, że jest jesień, no i straciłam kawałek palca. A najsłabsze jest to, że dopiero po fakcie poczytałam sobie o odmianie dyni Hokkaido i wyczytałam, że to ustrojstwo ma jadalną skórkę i nie musiałam się tak gimnastykować z nożem, w rezultacie okaleczając się straszliwie ;)

A o to przepis:

Potrzebne będą:
- Dynia (jeśli wybieramy odmianę Hokkaido, nie musimy obierać ze skóry)
- 2 małe cebule (myślę, że 1 duża da podobny efekt ;)
- 2 ząbki czosnku
- 1/8 kostki masła
- 1 kostka rosołowa
- przyprawy w zależności od upodobań (ja użyłam masalę, chilli i jeszcze jakieś niezidentyfikowane, bo nie mam podpisanych słoiczków, więc wrzucam jak leci)
- do smaku świeży tymianek (nie jestem na 100% pewna, że hoduję na parapecie akurat tymianek, ale najprawdopodobniej jest to właśnie to zioło)
- ser twarogowy wędzony do posypania
- śmietana jogurtowa

Przygotowanie:

Chciałabym napisać: "Wszystko wrzucamy do garnka, zalewamy wodą i po 20 minutach mamy zupę". Otóż nie.

Na początku do garnka wrzucamy masło. Czekamy aż się rozpuści. Potem dorzucamy przyprawy, czekamy jakieś 2-3 minuty. Ten czas wykorzystujemy aktywnie na krojenie cebuli i czosnku, które wrzucamy do garnka. Dusimy je pod przykrywką ok 5 minut. Te 5 minut również wykorzystujemy aktywnie na krojenie dyni (pamiętając, że nóż to niebezpieczne narzędzie!) W rzeczywistości pokrojenie takiej dyni zajmuje znacznie więcej czasu niż 5 minut, więc dobrze pokroić ją wcześniej.
Pokrojoną dynię wrzucamy do garnka, a na palniku obok zagotowujemy ok 1 litra wody z kostką rosołową i odrobiną oliwy. Dynię z cebulką i czosnkiem dusimy ok 10-15 minut mieszając od czasu do czasu, a potem --> "Wszystko wrzucamy do garnka, zalewamy wodą i po 20 minutach mamy zupę" ;P
Zupę blendujemy (lub nie kalecząc polskiego, po prostu miksujemy), posypujemy wędzonym twarogiem, polewamy odrobiną śmietany i ot, cała filozofia ;)

Smacznego!